Na blogu Tomka Michniewicza przeczytałem dziś o czymś, o czym sam chciałem napisać (o tu). Chodzi oczywiście o wielkie oburzenie internautów, spowodowane tryumfem Pań z Jarzębiny. Zacznę od najważniejszej kwestii, która u ludzi wkurwia mnie najbardziej. Nie głosowałeś? To stul pysk i nie narzekaj.
Zaznaczę też, że nie jestem fanem tego rodzaju muzyki i nie zamierzam zapełniać nim odtwarzacza.
Miałem wczoraj wielką nieprzyjemność usłyszeć wszystkich kandydatów biorących udział w konkursie. I jeśli ktoś mi powie, że nie wygrała najlepsza piosenka, to musi być bucem do entej potęgi. Miałem ochotę wyrzygać swoje flaki, gdy zobaczyłem jęczącego przez nos Gawlińskiego, czy innych ambitnych artystów silących się na współczesny przebój w efekcie tak nudny i bezpłciowy, że miało się ochotę podejść, zakleić im mordy i wyłączyć prąd. Tym bardziej dziwią mnie głosy, że będzie wstyd jak cholera, bo chyba nikt nie pomyślał jaki wstyd by był, gdyby wygrał ktokolwiek inny.
"Jaki kraj takie waka waka" - a kurwa waka waka, to co do chuja? Wyżyny muzycznego artyzmu? To dokładnie ta sama liga. Wtedy mistrzostwa odbywały się w RPA (Republika Południowej AFRYKI jakby ktoś zapomniał) i piosenka była dostosowana do regionu, klimatu, kultury - wszystkiego! Podobnie jest z Kokami Euro Spokami. Po pierwsze, jeśli nie potrafimy nagrać radiowego przeboju, który nie ma konsystencji Podlaskiego pasztetu i co najważniejsze, za chuja nie wpada w ucho, to idźmy w drugą stronę i zróbmy coś, co - uwierzcie mi, że z sympatią - zostanie zagranicznym gościom w pamięci. Każdy wie jaka jest Polska, więc wolę, żeby z uśmiechem wspominali nasz dystans do siebie samych, niż naśmiewali się z tego jacy próbujemy być światowi - zwłaszcza w muzycznej kwestii.
Dziś wyjątkowo można kliknąć "Lubię to!", niech idzie w świat.
Blog Zły
poniedziałek, 7 maja 2012
czwartek, 19 kwietnia 2012
Gówno
"Żyjemy i umieramy, a cała reszta to tylko złudzenie. Całe to gadanie o uczuciach i wrażliwości to jedno wielkie kurze łajno. Zmyślone, subiektywne, emocjonalne brednie. Nie ma duszy. Nie ma Boga. Są tylko decyzje, choroby i śmierć.”
~~Chuck Palahniuk
Gdy zacytowałem wczoraj mojej babci Palahniuka, wyznała mi, że ostatnio często się zastanawia co dało jej życie na tej ziemii. I wyszło na to, że nie dało jej nic. Ojciec skazany na śmierć przez skurwysynów z KGB, w domu bieda, za mąż wyjście w wieku 18 lat z musu. Dziadek był z bogatej rodziny, więc "trzeba było". Teściowa kurwa (wybacz prababciu), która traktowała moją babcię gorzej niż służącą, dziadek pizda i maminsynek (wybacz dziadku), za którego mamusia podejmowała wszystkie decyzje. Mimo tego, że teściowa później nie była już taką kurwą, a mój dziadek okazał się całkiem spoko, to życie minęło w sekundę. Mają teraz pięcioro wnuków ale tak naprawdę... co z tego?
Szczerze powiem, że podziwiam ludzi, którzy w czasach wojny chcieli żyć za wszelką cenę. Jak ten kutas Władysław Szpilman, który spierdolił z getta mimo, że wiedział co się święci. Nie walczył z innymi tylko chował się po bunkrach. Głodny, przemarznięty, cały w karaluchach czy innym gównie. Wszyscy znamy tę historię. Przeżył, później jeszcze grał bla bla bla bla. I co z tego? Po co? Mimo, że miał w sobie żądzę zemsty, to kitrał się, bo za wszelką cenę chciał przeżyć. Mimo, że mógł umrzeć będąc szczęśliwym rozkwaszając mordy Niemcom i wiedząc, że robi to w imię chwały i odwagi swojego narodu, to wolał się schować i czekać aż ktoś mu pomoże, by później żyć, zjeść jeszcze parę dobrych rzeczy, poruchać i ostatecznie i tak umrzeć.
Babcia mi mówi, że powinienem być wdzięczny Bogu, że nie żyłem w czasie wojny. Gówno prawda, żałuję, że nie żyłem w czasie wojny. Rozjebałbym wszystkich chujów, bez żadnych konsekwencji. Jasne, że zginąłbym prędzej czy później, ale przynajmniej zapisałbym się w kartach historii, zginąłbym po coś. A teraz po co żyjemy? Dążymy tylko do tego, żeby w miarę przyjemnie minęło nam te kilkadziesiąt lat i żeby zasłużyć u swoich dzieci na ładny pomnik na cmentarzu. Pracujemy po to, żeby mieć na jedzenie, a oszczędzamy po to, żeby poza jedzeniem kupić sobie coś, co umili nam czekanie na śmierć. Komputery, telewizory, ładne meble i płyty CD. Życie jest chujowe i właśnie dlatego powstały religie. Dlatego wierzy się w Boga, niebo i życie wieczne. Inaczej ludzie by wykitowali. Zazdroszczę tym co wierzą.
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Drabinka
Nigdy więcej nie zdecyduję się na udział w procesie rekrutacyjnym do firmy, której to owym procesem zajmuje się zewnętrzna firma, nie mająca nawet żadnego związku z branżą. Srylion etapów rekrutacji, z czego dopiero ostatni, to spotkanie z przedstawicielami firmy, do której składaliśmy aplikację. Zmarnowane tygodnie, zszargane nerwy i niespełnione nadzieje. Wszystko to tylko po to, by dowiedzieć się na ostatnim pierdolonym szczebelku, że nie jesteś osobą jakiej poszukują. Pytam więc, czemu sami nie zajmą się szukaniem pracownika? Czy to jest tak strasznie skomplikowane, czasochłonne i męczące? Czy po prostu aktualne standardy, moda, czy chuj wie co tam jeszcze, nakazują zatrudnić do tego zadania specjalnie wykwalifikowanych "fachowców"?
Tak, po części kolejna porażka i wkurwienie na rzeczywistość - która stoi w miejscu mimo tego, że czas zapierdala - skłoniły mnie do napisania. Przyzwyczaiłem się już nawet do tego, że nie mam pieniędzy. Z pracownikami firm windykacyjnych jestem "na ty", a pani dzwoniąca z banku wita się ze mną "to znowu ja panie Sebastianie". Tylko Zarząd Transportu Miejskiego nie daje się udobruchać i grozi mi tu jakimś sądem. Marzę o dostaniu prac społecznych w ramach pokuty za te kilka nic nie znaczących mandatów. W schronisku, szpitalu czy domu dziecka. Zapłacę chociaż czymś wartościowym.
poniedziałek, 5 marca 2012
Tumblr
Od dziś zapraszam również na mojego nowego mini-bloga w serwisie Tumblr. Będzie miał on trochę inny charakter niż "Zły", ale też będzie beznadziejny. Do czytania pozostanie blogspot, do oglądania tumblr. Gwarantuję tylko chujowe zdjęcia, robione chujowym aparatem, wstawiane na gorąco. Ogólnie blog prowadzony przez telefon, siema.
Można go znaleźć tu:
http://bezflesza.tumblr.com
Można go znaleźć tu:
http://bezflesza.tumblr.com
wtorek, 28 lutego 2012
Atari
Muszę iść. Na nich też. I na niego. Nie mogę ich przegapić.
Koniec lutego to już najwyższa pora na to, by sobie pomarzyć o wszystkich koncertach, które planowane są w Polsce w okresie wiosenno-letnim. Oczywiście nadal wyznaję zasadę, że są koncerty, które można zobaczyć i te, które trzeba zobaczyć. (Nie)stety w tym roku zapowiada się sporo tych drugich.
OFF Festivalem podniecam się co rok, ale jakoś nigdy do tego stopnia, żeby jechać do Katowic na dłuższy weekend. Wczorajsi ogłoszeni artyści powodują, że tegorocznej edycji nie mogę jednak przegapić.
__Atari Teenage Riot - czyli to, co na koncertach cenię sobie najbardziej: hałas, energia, rozpierdol i wszystko inne od czego moja mama by ogłuchła, zanim zdążyłaby zwymiotować.
__Converge - jeśli chodzi o zespoły grające mocną muzykę, to Converge jest na szczycie każdej hierarchii. Jeśli zastanawialiście się kiedyś nad tym, gdzie kończy się gitarowa muzyka, to po Converge nie ma już nic. Są najdoskonalsi w każdym celu. Najmocniejsi, najszybsi, najagresywniejsi, a przy tym wszystkim najlepsi technicznie.
__Charles Bradley - to ten pan, o którym kiedyś pisałem tutaj!
Open'er w tym roku szykuje się dużo lepiej niż ubiegłoroczny - jubileuszowy. The xx, Bon Iver, Justice... co prawda to jeszcze nie sprawia, że koniecznie muszę tam być, ale na pewno przechyli szalę, gdy ogłoszą jakąś bombę. Albo najlepiej 3 bomby, jak te wyżej!
Atari nie można przegapić!
Atari nie można przegapić!
poniedziałek, 20 lutego 2012
Suction
Pisałem już kiedyś o tym jak nienawidzę poniedziałków i to z zupełnie innego powodu, niż większość mieszkańców tej planety. Wysypiam się, nie muszę wychodzić z domu, nie muszę nigdzie się śpieszyć, mam mnóstwo czasu na wszystko. Na wszystko, czyli na nic.
Poniedziałek to dzień dodatku PRACA do Gazety Wyborczej. Mojego ulubionego dodatku, w którym ogłoszeniodawcy w bardzo umiejętny sposób szukają ludzi do wyruchania. Można zarobić od zera złotych ("... proponujemy roczny bezpłatny staż.."), przez nie wiadomo ile ("... wynagrodzenie adekwatne od wyników...") aż po kolosalne sumy ("... dyskretną, młodą i zadbaną panią do masażu. 6tys/dziennie..."). Gdzie się człowiek nie zgłosi, to musi dać dupy. Z kilkuset ogłoszeń znalazłem zaledwie kilka, które wydały mi się na tyle wiarygodne, żeby się zgłosić. Nie mam wysokich wymagać, gdyż wcale nie mam wysokich kwalifikacji. Nienawidzę po prostu owijania w bawełnę, pracowania za darmo i sztucznie uśmiechniętych, wytresowanych kurew gadających jak automat.
Najbardziej interesującym ogłoszeniem okazała się praca przy produkcji łodzi motorowych, na co nawet nie liczę. Także ten.. muszę chyba czekać do kolejnego poniedziałku.
Najbardziej interesującym ogłoszeniem okazała się praca przy produkcji łodzi motorowych, na co nawet nie liczę. Także ten.. muszę chyba czekać do kolejnego poniedziałku.
czwartek, 16 lutego 2012
Konfident
Zastanawiałem się ostatnio czy mój blog jest już tak popularny w sieci, czy po prostu któryś z czytelników jest najzwyklejszym kapusiem. Pozdrawiam cię leszczu.
Poprzedni post, cieszył się ogromnym zainteresowaniem wśród internautów, co po części doprowadziło do zamrożenia bloga na jakiś czas. Okazało się, że w dniu jego publikacji, zadzwoniła do mnie Ewelina (już wiem, że do mnie dzwoniła Ewelina, a do Elen Klaudia) i dalej zaczęła wypytywać o moją miłość do Arsenalu, Helenę itp. Ostatecznie chcieli nas do tego idiotycznego programu, czego następstwem były kolejne telefony i kolejne wypytywanie o to samo, do zrzygu.
Dwa dni przed kręceniem odcinka, wieczorem zadzwoniła do mnie Helenka z opierdolem, że zrobiłem z niej kretynkę i oszustkę. Zadzwoniła do niej jakaś typiara z programu (ani Ewelina, ani Klaudia) z informacją, że jednak nie mogą nas zaprosić, bo napisałem na blogu, że to wszystko to ściema i że chcemy tam jechać tylko "dla trzech stówek", a oni zapraszają tylko wiarygodnych ludzi, którzy opowiedzą im prawdziwe i fascynujące historie swojego życia.
Ewelinko i Klaudio,
wiem, że bardzo chciałyście odwiedzić następnego dnia mojego bloga i poczytać jakie to okrucieństwa tu napisałem i jakim to jestem straszliwym oszustem. Dla waszej wiadomości: Żadna z rzeczy, które wam opowiadaliśmy przez telefon nie była ściemą, ale jeśli dziwi was fakt, że chcieliśmy przede wszystkim łatwo zarobić trochę kasy, to macie razem z producentami programu bardzo wysokie mniemanie o sobie.
Mimo to, polubiliśmy was.
Pozdrawiam!
sobota, 4 lutego 2012
Drzyzga
Gdy któregoś dnia przeglądałem Gumtree w poszukiwaniu pracy i innych tego typu pierdół, natknąłem się na ogłoszenie, w którym poszukiwali "zapaleńców piłki nożnej", czy coś w tym stylu. Wystarczyło wysłać imię i numer telefonu, by dowiedzieć się więcej szczegółów. Śmierdziało mi to jakimś telewizyjnym show, więc bez namysłu wysłałem swoje dane. Zadzwoniła do mnie Ewelina/Klaudia bądź Kamila (to zapamiętywanie imion, kurwa!), no i mi tam opowiada, że Rozmowy w Toku, że tamto, siamto i owamto (o, nie podkreśliło się na czerwono) i pyta mnie komu kibicuje, ile na to poświęcam czasu, jak wiele jestem w stanie poświęcić, żeby obejrzeć mecz i przede wszystkim, CO NA TO MOJA DZIEWCZYNA.
Nie zastanawiając się zbyt długo, powiedziałem, że raczej nie ma nic przeciwko, że jest przyzwyczajona i takie tam, co było wielkim błędem, bo dopiero później skumałem, jakich par poszukują do tego odcinka.
"A czy Helena nie próbowała jakichś sztuczek, żebyś nie oglądał meczu? Np. czy chodziła w samej bieliźnie po domu, albo czy chowała kable od telewizora?"
Wtedy mnie dopiero oświeciło i zacząłem opowiadać (swoją drogą zgodnie z prawdą) jak to przepytuję Elen ze składu Arsenalu, pojemności i nazw angielskich stadionów, nazwisk trenerów i innych tego typu ciekawostek. Od razu rozochociło to Ewelinę/Klaudię bądź Kamilę i od początku zaczęła swoje maglowanie. "A czy gdybyś musiał wybrać piłka nożna lub Helena, to co/kogo byś wybrał"? No kurwa mać, nie dam z siebie zrobić aż takiego idioty w tv, ale 300zł dniówki i opłacona wycieczka do Krakowa były niezwykle kuszące. Odpowiadam więc, że oczywiście, że wybrałbym Helenę, ale na pewno znalazłbym jakiś sposób, by nie zrezygnować z Arsenalu. Coś tam pogadała, pogadała i poprosiła numer do Heleny, by dowiedzieć się, jak to wygląda z jej strony.
Opowiedziałem Helenie o wszystkim i o dziwo wcale się nie wkurwiła. Wręcz przeciwnie, zarobienie 3 stówek, podróż do Krakowa 1 klasą InterCity i opłacony pobyt też wydały jej się zbyt zajebiste, żeby nie skorzystać. Ewelina/Klaudia bądź Kamila kontaktowała się z Elen chyba ze srylion razy, próbując wyciągnąć z niej, kiedy zostanie przekroczona granica i w związku z tym, kiedy ze mną zerwie/wyprowadzi się/zaszantażuje/wyrzuci z domu itp. Mimo, że Helenka przyjęła taktykę na "tak, chcemy wziąć udział w tym programie", Ewelina/Klaudia bądź Kamila nie dzwoni już od kilku dni.
Jesteśmy widocznie zbyt nudną parą, za mało u nas dramaturgii, awantur i cyrku. Nie nadajemy się nawet do rozmowy z Ewą Drzyzgą. I w sumie dobrze nam tak.
środa, 1 lutego 2012
Business
Rozmowa kwalifikacyjna nr 1587. Firma mieszcząca się na Mokotowie, ale z trafieniem miałem ogromne problemy. Żadna z 5 osób, które mijałem w okolicy, nie była w stanie wskazać mi w którym kierunku mam się udać. Ostatecznie trafiłem sam. Pojechałem wcześniej przewidując taki scenariusz, więc nie spóźniłem ani minuty. W korytarzu jakaś laseczka zapytała mnie czy też czekam na rozmowę. Okazało się, że jesteśmy umówieni na tą samą godzinę. W sumie mogłem się domyśleć, informację dostałem oczywistą: Spotkanie rekrutacyjne. Pogadaliśmy chwilę, oboje raczej zrezygnowani i nie wiążący żadnych nadziei z tym, co za chwilę miało nas spotkać.
Przed wejściem do sali obrad, zdążyłem zrobić krótką obcinkę, i tak:
plusy: biuro "na luzie", bez spiny i garniturów.
lekki pierdolnik
o 10:00 przychodzi koleś, który sprzedaje ładne kanapki i sałatki
minusy: chujowe połączenie komunikacyjne (daleko od metra, a korki w Warszawie nawet w południe)
Trzy do jednego - nie jest źle!
Spotkanie rekrutacyjne rozpoczęło się z lekkim opóźnieniem. Czekaliśmy na spóźnialskich, jak to pani prowadząca powiedziała, ale się nie doczekaliśmy. Nie powiedziała też ile osób miało przyjść. Byliśmy we dwójkę. Ja i dziewczyna, której imienia nie pamiętam (nigdy nie pamiętam imion). Babka się przedstawiła i nie pytając nas o imiona, ani o nic, zaczęła wykład na temat tego czym będziemy się zajmować. Nie miała przy sobie naszych CV, nie pytała o doświadczenie, wykształcenie, zainteresowania. Nic. Jak później sama się wygadała, procesem rekrutacji zajmowała się jakaś zewnętrzna firma. Typiara nie wiedziała o nas nic.
Gdy skończyła kilkuminutową gadkę, rozdała nam cztery kartki A4 z Zadaniem kwalifikacyjnym.
-"Drodzy państwo, czekam do piątku do godziny 11:00 na maile od państwa z poprawnie wykonanym zadaniem. Jeśli zadanie zostanie wykonane poprawnie, skontaktuję się z państwem telefonicznie i umówimy się na podpisanie umowy"
Przyznam szczerze, że zaintrygowało mnie to do tego stopnia, że zamierzam odrobić tę pracę domową. Szczegółów jednak zdradzać nie mogę tak publicznie, ale proszę trzymać kciuki!
Przed wejściem do sali obrad, zdążyłem zrobić krótką obcinkę, i tak:
plusy: biuro "na luzie", bez spiny i garniturów.
lekki pierdolnik
o 10:00 przychodzi koleś, który sprzedaje ładne kanapki i sałatki
minusy: chujowe połączenie komunikacyjne (daleko od metra, a korki w Warszawie nawet w południe)
Trzy do jednego - nie jest źle!
Spotkanie rekrutacyjne rozpoczęło się z lekkim opóźnieniem. Czekaliśmy na spóźnialskich, jak to pani prowadząca powiedziała, ale się nie doczekaliśmy. Nie powiedziała też ile osób miało przyjść. Byliśmy we dwójkę. Ja i dziewczyna, której imienia nie pamiętam (nigdy nie pamiętam imion). Babka się przedstawiła i nie pytając nas o imiona, ani o nic, zaczęła wykład na temat tego czym będziemy się zajmować. Nie miała przy sobie naszych CV, nie pytała o doświadczenie, wykształcenie, zainteresowania. Nic. Jak później sama się wygadała, procesem rekrutacji zajmowała się jakaś zewnętrzna firma. Typiara nie wiedziała o nas nic.
Gdy skończyła kilkuminutową gadkę, rozdała nam cztery kartki A4 z Zadaniem kwalifikacyjnym.
-"Drodzy państwo, czekam do piątku do godziny 11:00 na maile od państwa z poprawnie wykonanym zadaniem. Jeśli zadanie zostanie wykonane poprawnie, skontaktuję się z państwem telefonicznie i umówimy się na podpisanie umowy"
Przyznam szczerze, że zaintrygowało mnie to do tego stopnia, że zamierzam odrobić tę pracę domową. Szczegółów jednak zdradzać nie mogę tak publicznie, ale proszę trzymać kciuki!
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Arsenal
Ostrzegam, że może tu paść dużo bluzgów. To właśnie jedna z sytuacji, w której nie da się nie rzucać mięsem.
Niektórzy wiedzą, niektórzy pewnie nie, że od dziecka kibicuję Arsenalowi Londyn. Oglądam praktycznie wszystkie mecze, o drużynie wiem niemal wszystko. Nie jest to natomiast miłość fanatyczna, która wywołuje agresję wobec innych drużyn i ich kibiców, gdyż jestem fanem całej angielskiej piłki i z ogromną przyjemnością oglądam wszystkie mecze Premier League.
Sytuacja uległa zmianie wczoraj, gdy wspólnie ze znajomymi udaliśmy do jednego z warszawskich pubów, by obejrzeć mecz Arsenalu z Manchesterem United. Nie widzieliśmy się wszyscy od bardzo dawna. Janek podobnie jak ja kibicuje Arsenalowi, a Maciek i Piotrek Manchesterowi, dlatego postanowiliśmy wybrać jakieś miejsce na "neutralnym gruncie". Poszliśmy tam, by wspólnie napić się piwa i w spokoju trzymać kciuki za swoich ulubieńców. Nawet angielscy kibice Tottenhamu (największy rywal Arsenalu), którzy przyszli na wcześniejszy mecz, sprawiali mi tyle frajdy swoim kibicowaniem, że cieszyłem się, że mogę w tym uczestniczyć.
Czar prysnął, gdy na tym "neutralnym gruncie" zebrało się z 40 kibiców Manchesteru i może z 10 Arsenalu (w tym połowa dziewczyn).
Teraz zatkaj uszy:
Od wczoraj nienawidzę chujów pierdolonych najbardziej na świecie. Nigdy nie włączył mi się taki agresor jak wczorajszego wieczoru. Zbliżenie kamery na trenera, lub któregokolwiek z piłkarzy z Londynu kończyło się szyderstwem i wyzwiskami. Jebane skurwysyny nauczyły się wszystkich przyśpiewek, chodzą po warszawskich pubach i kozaczą. O tym, że nikt nic nie zamawia to już nie wspomnę. Przychodzą ubrani w te pierdolone koszulki z Rooney'em na plecach i drą japy. Rozumiem radość po bramce, rozumiem wkurwienie po niewykorzystanej sytuacji, ale nie jestem w stanie zrozumieć tej nienawiści jaka z nich biła.
Nerwy mam bardzo słabe, więc jak nietrudno się domyśleć, zacząłem na nich kurwić równie pięknie co oni. Gestów obciągania kutasa pokazałem im więcej, niż w całym gimnazjum. Krew mi się gotowała, pierwszy raz miałem ochotę komuś przekopać mordę. Miałem w dupie, że było ich więcej. Na zewnątrz po meczu, krzyczałem do chujów prowokując do bójki, ale byli zbyt zajęci seplenieniem swoich angielskich przyśpiewek (Arsenal przegrał 1:2). Maciej z Piotrem oglądali mecz ze spokojem i później wspólnie poszliśmy do metra. Gdy dojdzie do kolejnego spotkania obu drużyn, mecz na pewno obejrzymy w domowym zaciszu, gdyż nikomu nie podobał się ten mało sportowy charakter eventu.
Dziś - gdy już trochę ochłonąłem i wytrzeźwiałem - cieszę się, że nie doszło do bójki. Mordy nie mam obitej, nikomu się krzywda nie stała, nikt na dołku nie wylądował. Nie zmienia to jednak faktu, że nienawiść do Manchesteru United już nigdy mi nie minie.
Niektórzy wiedzą, niektórzy pewnie nie, że od dziecka kibicuję Arsenalowi Londyn. Oglądam praktycznie wszystkie mecze, o drużynie wiem niemal wszystko. Nie jest to natomiast miłość fanatyczna, która wywołuje agresję wobec innych drużyn i ich kibiców, gdyż jestem fanem całej angielskiej piłki i z ogromną przyjemnością oglądam wszystkie mecze Premier League.
Sytuacja uległa zmianie wczoraj, gdy wspólnie ze znajomymi udaliśmy do jednego z warszawskich pubów, by obejrzeć mecz Arsenalu z Manchesterem United. Nie widzieliśmy się wszyscy od bardzo dawna. Janek podobnie jak ja kibicuje Arsenalowi, a Maciek i Piotrek Manchesterowi, dlatego postanowiliśmy wybrać jakieś miejsce na "neutralnym gruncie". Poszliśmy tam, by wspólnie napić się piwa i w spokoju trzymać kciuki za swoich ulubieńców. Nawet angielscy kibice Tottenhamu (największy rywal Arsenalu), którzy przyszli na wcześniejszy mecz, sprawiali mi tyle frajdy swoim kibicowaniem, że cieszyłem się, że mogę w tym uczestniczyć.Czar prysnął, gdy na tym "neutralnym gruncie" zebrało się z 40 kibiców Manchesteru i może z 10 Arsenalu (w tym połowa dziewczyn).
Teraz zatkaj uszy:
Od wczoraj nienawidzę chujów pierdolonych najbardziej na świecie. Nigdy nie włączył mi się taki agresor jak wczorajszego wieczoru. Zbliżenie kamery na trenera, lub któregokolwiek z piłkarzy z Londynu kończyło się szyderstwem i wyzwiskami. Jebane skurwysyny nauczyły się wszystkich przyśpiewek, chodzą po warszawskich pubach i kozaczą. O tym, że nikt nic nie zamawia to już nie wspomnę. Przychodzą ubrani w te pierdolone koszulki z Rooney'em na plecach i drą japy. Rozumiem radość po bramce, rozumiem wkurwienie po niewykorzystanej sytuacji, ale nie jestem w stanie zrozumieć tej nienawiści jaka z nich biła.
Nerwy mam bardzo słabe, więc jak nietrudno się domyśleć, zacząłem na nich kurwić równie pięknie co oni. Gestów obciągania kutasa pokazałem im więcej, niż w całym gimnazjum. Krew mi się gotowała, pierwszy raz miałem ochotę komuś przekopać mordę. Miałem w dupie, że było ich więcej. Na zewnątrz po meczu, krzyczałem do chujów prowokując do bójki, ale byli zbyt zajęci seplenieniem swoich angielskich przyśpiewek (Arsenal przegrał 1:2). Maciej z Piotrem oglądali mecz ze spokojem i później wspólnie poszliśmy do metra. Gdy dojdzie do kolejnego spotkania obu drużyn, mecz na pewno obejrzymy w domowym zaciszu, gdyż nikomu nie podobał się ten mało sportowy charakter eventu.
Dziś - gdy już trochę ochłonąłem i wytrzeźwiałem - cieszę się, że nie doszło do bójki. Mordy nie mam obitej, nikomu się krzywda nie stała, nikt na dołku nie wylądował. Nie zmienia to jednak faktu, że nienawiść do Manchesteru United już nigdy mi nie minie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


